niedziela, 8 czerwca 2014

Rozdział 2



                Po przekroczeniu progu drzwi, zobaczyłam mojego psa, biegnącego prosto do mnie. Pogłaskałam Hope i ruszyłam z nią przy nodze do salonu, w którym leżał  mój kochany brat.
-Hej braciszku, nie za wygodnie ci?-zagadnęłam siadając mu na brzuchu.
-Już wróciłaś. Złaź ze mnie Liza.
                Zrzucił mnie i mocno do siebie przytulił. Jak ja za tym tęskniłam! Poprzytulaliśmy się jeszcze trochę i poszliśmy zrobić kolacje. Jak zwykle to u nas bywa, po kilku minutach byliśmy cali w jedzeniu, a Jasper to miał nawet ketchup we włosach. No  ale nic, po krótkiej wizycie w łazience byliśmy czyści i zabraliśmy się za jedzenie, wspólnie zrobionej zapiekanki makaronowej. Posprzątaliśmy po sobie, ułożyliśmy na sofie w salonie i oglądaliśmy jakiś serial.
-Posłuchaj Mar, czemu mi nie powiedziałaś, że wolisz dziewczyny?-zapytał po pewnym czasie chłopak, na co ja wybuchłam śmiechem.
-Bo to wcale nie jest prawdą. Powiedziałam to, bo miałam dość tych szmatławców i ich plotek o moich „związkach”.-zakreśliłam cudzysłów przy ostatnim słowie i uśmiechnęłam głupkowato do brata.

-Nawet nie wiesz mała jaki byłem na ciebie wściekły, że nic mi nie powiedziałaś. Mi, własnemu bratu.
~``~
                Cały wolny tydzień spędziłam z bratem i mamą. Nawet się nie spostrzegłam jak szybko to minęło i znów musiałam wracać do pracy. No ale nic, wszystko co dobre, szybko się kończy i jak już wspomniałam czas wracać. W poniedziałek 19 kwietnia, Greg przyjechał po mnie o 10:10 pod dom. Wszystkie potrzebne rzeczy spakowałam już w dwie, duże walizki, zostało mi jeszcze pożegnanie się z rodziną.
-Słuchaj młoda, uważaj tam na siebie, a zwłaszcza na tą całą szaloną piątkę oraz innych facetów. Żebym nie musiał, zamiast psem to dzieckiem się opiekować, rozumiemy się?-powiedział groźnym tonem Robert, a po chwili wziął mnie w swoje objęcia.-Trzymaj się siostra.
                Podeszłam szybko do mamy, która życzyła mi tylko powodzenia oraz znalezienia dla niej zięcia i wsiadłam do auta.Na lotnisku byliśmy po trzydziestu minutach, a tam przeszliśmy odprawę i wsiedliśmy wreszcie do samolotu, który po chwili wystartował. Nie miałam ciekawszego zajęcia, więc postanowiłam się trochę zdrzemnąć.

                Obudził mnie cichy głos mojego menadżera, który powiadomił mnie, że już za chwilę lądujemy, co po kilku minutach potwierdziła stewardesa. Wzięliśmy swoje walizki i wyszliśmy z odrzutowca, podążając w kierunku znanym tylko jemu. Kilka minut później stanęliśmy przy dużym, czarnym busie, razem z moim ochroniarzem Danielem. Z samochodu wysiadł mężczyzna około trzydziestki i podszedł do nas.
-Gregory Warner?-zapytał, na co Greg tylko kiwnął głową i wsiedliśmy do auta.
                Przez całą podróż po Londynie milczeliśmy jak zaklęci i dla tego bardzo się ucieszyłam, gdy w końcu zatrzymaliśmy się przed dużym domem.  Musiałam przyznać, że chłopcy nieźle się urządzili, ale i tak najlepiej mi w moim mieszkaniu. Z domu wyszło pięciu chłopaków wraz z trzema dziewczynami oraz ich menadżer. Najpierw wysiedli moi towarzysze, po czym Daniel podał mi rękę i również stałam na świeżym powietrzu. Kierowca postawił przede mną moje walizki, które wzięłam i wsiadł z powrotem do auta. Staliśmy tak przez chwilę, aż w końcu rozmowę zaczął Simon.
-Witajcie, mam nadzieję, że miło wam podróż minęła. Zapraszam do środka, nie będziemy przecież tak tutaj stali.-rzucił, uśmiechając się lekko Cowell, po czym wszyscy weszliśmy do salonu.
-No to wypadało by się chyba przedstawić, ja jestem Liam, to Louis, Eleonor, Niall, Zayn, Perry, Daniell i Harry.-powiedział uśmiechnięty brunet.
-Miło was poznać chłopaki jestem Greg, a ta dwójka to Daniel i Anna Maria Luiza.-odezwał się szybko menadżer za co zgromiłam go wzrokiem.
-Umiem sama mówić, wiesz?-zapytałam, z pretensjami.
-Oczywiście, że wiem tylko znając ciebie, sama byś się nie odezwała.
-Warner ja jej trzymać nie będę, jak będzie ci chciała przyłożyć, więc radziłbym nie zaczynać.-zaśmiał się Dan.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz